Gorąca czekolada.fragment.
Przeraża mnie wiele rzeczy. Jedną z tych rzeczy jest oczekiwanie przy restauracji typu Fast-food z kubkami gorącej czekolady. Jedna dla niego, druga dla niej. On stojąc tuż przy mostku nad małą rzeczką, która daje uroku tej części miasta, czekał na nią. Przez miasto przepływa rzeka, która nie wpada do morza, a mimo to unoszą się nad nią cztery mosty. Niedaleko Fast-foodu jest park, gdzie mieli odnaleźć swoją ulubioną ławkę, tą naprzeciw huśtawek, bo tam na pewno nie ma drzew. To jest ważne. Ważne jest, żeby ptaki nie zagłuszały myśli, które nigdy nie zamienią się w słowa.
Jeszcze piętnaście minut temu dzwoniła do niego, że jednak woli czekoladę od kawy, bo przecież „kawę o tej porze pić nie wypada”. Ona zawsze piła kawę rano, bo jak twierdzi najlepiej smakuje gdy ma się jeszcze świadomość dopiero co na nowo rozpoczętego dnia. Dochodziła godzina dziewiętnasta kiedy on stał w kolejce i w myślach miał obraz jej ust, które mówią do niego „może zrobię wyjątek i dla odmiany napiję się kawy?”. W jego nozdrzach unosił się jeszcze zapach jej szyi, białej, oblanej migdałowym kremem do pielęgnacji ciała oraz tym zapachem, którego jeszcze nie znał, ale czuł, że mu odpowiada. Ocierając dłonie i palce przypominał sobie uczucie dotyku jej skóry na przedramieniu oraz subtelnie ciemnych włosów, których kolor nie określał jej stanu osobowości. Sięgając do kieszeni po dziesięć złotych, które miał przeznaczyć na coś innego, usłyszał telefon.
– Wiesz, jednak wolę czekoladę.
– W samą porę, bo gdybyś zadzwoniła pół minuty później pewnie musiałbym ją wypić, albo wylać do tej rzeczki.
W tym momencie zauważył, jak starsza kobieta uśmiechnęła się do niego, po czym spojrzała na chłopca, którego trzymała za rękę i zapytała: „to co chcesz Krzysiu?”
– Nie mów, że nie zdołałbyś wypić tyle kawy?
– Tak od razu? Nie wiem, czy byłby to dobry pomysł, pewnie bym się zsikał w spodnie.
– Nie jesteś małym chłopcem, wierzę, że na pewno znalazłbyś sobie jakieś drzewo w parku.
– Rzeczywiście, dawno nie obsikałem żadnego drzewa po kawie.
– Tego to nie wiem.
– Czekolada tak?
– Yhym, postaram się być jak najszybciej, właśnie jestem koło Abażura.
– Okej – włożył z powrotem telefon do kieszeni i szybkim skinieniem głowy pokazał na tablicę – dwie czekolady poproszę.
Jeden.
Tysiąc dwadzieścia cztery.
Kiedy ujrzał ją po raz pierwszy uświadomił sobie, że ta liczba nic nie znaczyła w porównaniu z tym, ile może wynieść z jej udziałem. Stał naprzeciw niej a ona nie patrzyła się wtedy na niego. Błądziła gdzieś po sali, gdzie mężczyźni ubrani w garnitury z drogiego materiału, pod krawatem nie z poliestru, próbowali zwracać na siebie uwagę, nawet ci, którzy przyszli z partnerkami, a większość stanowili właśnie tacy. Były i kobiety, ubrane w długie, z drogiego materiału suknie, które uwydatniały smukłe talie tych najpiękniejszych. Każdy z mężczyzn chciałby dotknąć odkrytych pleców tych najpiękniejszych, kończąc na wyraziście zarysowanych pośladkach. Kobiety też przyszły z partnerami. Nie mogło być inaczej. Mimo to nie ograniczały się do spojrzeń w kierunku tych mężczyzn, którzy mieli lepiej ostrzyżone włosy. Nie wspomnę o ładniejszych butach.
To był ten dzień. Dzień, w którym Michał postanowił zapytać się kobiety swojego życia ile ma lat. Nie wyglądała na więcej. Mimo to, w momencie, kiedy owa kobieta o subtelnie czarnych włosach, zwiniętych w kok, zauważyła, że ktoś na nią patrzy, zagryzła dolną wargę. Nie żeby powiedzieć mu, nie wprost, jak dobrze jest uczesany, jak ładne ma buty i dlaczego nie ma krawata, ale dlatego, że zawahała się w tym momencie. „Boże, on tu idzie” powiedziała w myślach, które już nie mogły zaczepić się o twarze ludzi stojących przy bufecie. Podszedł.
– Pierwszy raz panią tu widzę – powiedział Michał.
– Może dlatego, że pierwszy raz tu jestem – odparła kobieta, myśląc nagle, że te słowa mogą zostać źle zrozumiane i szybko dodała – strasznie tu ciasno.
– Raczej gorąco, dobrze, że nie ubrałem krawata, udusiłbym się – spojrzał na pusty kieliszek kobiety.
– Tak, to by było straszne… – spojrzała do swojego kieliszka – udusić się w tym towarzystwie.
– Naprawdę pani pierwszy raz na tego typu przyjęciu?
– Tak, ale ja nie nazwałabym tego przyjęciem.
– A czym?
– To raczej wymyślne targowisko próżności. Brakuje gwiazd Hollywood i czerwonego dywanu.
– W Wenecji też jest dywan.
– Ale w Wenecji pokazują przynajmniej filmy – kobieta odstawiła pusty kieliszek. W tym momencie zauważyła aparat, który Michał trzymał w lewej ręce. Błądziła wzrokiem po sali, jakby czegoś szukała. Poprawiła włosy i spojrzała się znów na Michała. Wydawało się jej, że nie jest przystojny. Nie tak, jak nieliczni tutaj, których można by zawiesić w postaci kalendarza na ścianie i wpatrywać się na kwadratową szczękę i dobrze wyrzeźbiony tors i jednocześnie odliczać dni samotności. „Niee” powiedziała w myślach. – Jesteś…
– Michał. Fotograf.
– Michał fotograf. Fotograf to twoje drugie imię?
– Nie, raczej profesja.
– Czyli traktujesz fotografię jako pracę?
– Fotografii się nie traktuje, ją się uprawia.
– Uprawia.
– Nie tak jak sport.
– Zboże.
– Sport.
– Sport, seks, zboże, pole, wszystko jedno – powiedziała jednym tchem.
– Mógłbym pani…
– Przepraszam, Mariola.
– Mógłbym tobie zrobić zdjęcie.
– Chcesz ze mną uprawiać fotografię? – zaśmiała się.
– Chciałbym zrobić tobie kilka zdjęć…
– Dużo zdjęć mi zrobiono, czasami nawet sama sobie – nie dała dokończyć Michałowi.
– Tak… nie często proponuję tego kobietom.
– Jesteś nieśmiały?
– Z natury jestem nieśmiały, dlatego fotografuję, żeby oswoić się z rzeczywistością.
– Nie wiem, czy byłoby miłe dla mnie, gdybyś chciał mnie oswoić.
– Wiem, źle to zabrzmiało… po prostu…
– Po prostu zrób mi te pieprzone zdjęcie. – założyła ręce na biodra. W tej czerwonej sukience wyglądała tak, jak sobie wymarzył. Czerwień i czerń. Czerwień i czerń. Zdjęcie. Wywołanie. Antyrama. Ściana. Pokój. Dom. Jego świat. Mimo tego, nie wyczuł w jej odpowiedzi szczypty irytacji. Wiedział, że musi ją czymś zaskoczyć, żeby nie skończyło się tylko na jednej rozmowie, ewentualnie podania e-maila, żeby jej wysłać „pieprzone zdjęcie”. Michał podał kieliszek przypadkowej osobie, szepcząc do niej „pani wybaczy, tego się nie da opisać”. Przyłożył aparat do twarzy.
– Podnieś głowę trochę do góry, lepiej będzie widać szyję.
– Wiesz…
– Tak, wiem, tak będzie najlepiej, te światło które pada z lewej strony na ciebie pozostawi półcień na ciele. Idealne…
– Ale…
– Tak! – Michał się uśmiechnął i wziął od przypadkowej pani swój kieliszek, napił się. – Dobry ten szampan. Chcesz zobaczyć? – Michał nacisnął podgląd, ale nic tam nie było. –Ciemne…
– Bo nie odkryłeś obiektywu. Michale fotografie. Chyba napiję się szampana.
Michał zmarszczył brwi, dopił szampana i odstawił kieliszek na stolik. Przeprosił przypadkową panią. Spojrzał się na Mariolę, która zdecydowanie była zadowolona z zaistniałej sytuacji. Uśmiechnął się i spojrzał na dół. Zauważył, że ma brudnego buta, zapewne trochę majonezu z sałatki. Nie wiedział co zrobić, więc uniósł głowę. Kobiety jego życia już nie było, a on nie zauważył, kiedy zniknęła. Pozostał po niej tylko niesmak światła, niewykorzystanego na jej szyi, smukłej i białej, na której wyczuł, mimo to, migdałowy balsam oraz zapach, którego nie znał, ale wydał mu się ujmujący.
– Jak to wszystko nic nie znaczy. Jak te tysiąc dwadzieścia cztery nic nie znaczy. Nic. Pieprzony majonez! – powiedział zaciśniętymi zębami.
– A propos majonezu, masz go na bucie. – rzuciła Mariola zza pleców Michała.